e125wunia blog

Twój nowy blog

Ostatnio zauważyłam, że mam
wyjątkowo mało źródeł ujścia tego wszystkiego, o czym sobie
myślę, więc się to tak we mnie gotuje i mnie przytłacza, i ja tak chodzę taka zagotowana
albo przytłoczona. Jako że sesja się zbliża i muszę pisać
wszystkie ważne prace zaliczeniowe, postanowiłam, że to odpowiedni
moment na rozpoczęcie pisania bloga. Bo odkąd jestem, gdzie jestem; nie widuję moich znajomych, a rodzice przestali odbierać skype’a ode mnie, to może być to właściwie dobre źródło tego uchodzenia. To znaczy na re-rozpoczęcie, being precise, tak mi brakuje niektórych wyrażeń w polskim języku. Z tym
pisaniem bloga to może być, obawiam się, bardzo różnie. No bo
mam tego swojego bloga o długim archiwum, nieruszanego jednak
praktycznie od dwóch lat z okładem i myślę, że może już
wszyscy o nim zapomnieli i mogłabym go sobie tak po prostu
niepostrzeżenie reaktywować. Obawiam się jednak, że jakby
niepostrzeżenie zostało dostrzeżone, to nie mogłabym pisać tego
bloga, tak jakby mi się chciało. A chciałoby mi się tak wszystko
napisać, żeby to móc potem przeczytać i powiedzieć „aha”. No
i wtedy być może zrozumiałabym w końcu, o co mi do cholery chodzi
i do czego zmierzam, kiedy tak zamiast czytać o Kazachstanie,
sobie siedzę i planuję blogoreaktywację. Mogłabym też oczywiście
założyć sobie najnormalniej w świecie nowego bloga, ale nie wiem,
czy to nie byłoby jakieś oszustwo i uciekanie. Już mam trochę
dość tego uciekania i może najwyższy czas się zatrzymać i się
po prostu nad wszystkim zastanowić. No, to ja poczytam o Kazachstanie w międzyczasie się zastanawiając.

W słoiku z Nutellą,
który mam od zaledwie miesiąca zobaczyłam dziś dno i to
mnie przeraziło, przeraziło nawet bardziej niż to, że wstałam
dziś o trzynastej czterdzieści i że muszę pisać pracę z
socjologii kultury. Praca z socjologii kultury bowiem, jak cały ten
przedmiot jest z założenia głupia i traktuję ją wyłącznie w
kategoriach negacji rzeczywistości, zaś wstawanie o nierozsądnych
porach ma ścisły związek z chodzeniem spać o porach jeszcze mniej
rozsądnych, więc jakoś się tłumaczy, jakoś się bilansuje i ja
to sobie powtarzam, a nawet wmawiam to sobie – okej. Natomiast dno w
słoiku z Nutellą nie tłumaczy się niczym poza całkowitym
upadkiem. Czasami można podejmować żałosne próby
uzasadniania go tym, że ktoś mi się śni, przychodzi w za dużym
płaszczu i płacze, i ja go muszę przytulać, chociaż nie chcę,
ale kiedy się budzę to nagle akurat chcę, tyle że wtedy już nie
przychodzi; czasami jeszcze tym, że się ma sesję w grudniu i cały
stos dodatkowych egzaminów, że się chce dokądś jechać,
ale nie wiadomo dokąd; że leci zawsze nie ta piosenka, jaka
powinna. Nad biurkiem wisi kalendarz wprostu według którego
ciągle jest październik i właściwie nie robi mi to żadnej
różnicy. Wprawdzie zauważyłam ostatnio, że minął mi
gdzieś niepostrzeżenie ten rok, ale nawet mnie to za bardzo nie
ruszyło; mam kilka wspomnień, poza wakacjami raczej mało
intensywnych lub też owianych mgłą niepamięci czy też alkoholu,
bądźmy uczciwi wobec siebie skoro wobec nikogo innego nie jesteśmy.
To jest taki ważny rok, mam w nim nowy wizerunek i popełniłam
wystarczającą ilość błędów, żeby mi starczyło na
następnych kilka, więc teraz już mam bardzo dobrą pozycję, żeby
rozpocząć z niej moje idealne życie. Moje idealne życie zaś
polegać będzie na tym, że chodzę na zajęcia, na zajęcia i
jeszcze czasem do biblioteki lub kina. Poza tym wybieliłam sobie
ostatnio zęby, przez co nabrałam więcej pewności siebie w
obdarzaniu wszystkich promiennym uśmiechem, który także jest
nieodzownym elementem mojego idealnego życia. No i w idealnym życiu
nie jada się Nutelli, wyrzeczenia, wyrzeczenia.

Zatem zmienia się
niewiele, ciągle raczej sporo złudzeń. Czasami coś się we mnie
odzywa, ale zazwyczaj radzę sobie z tłumieniem tego bez zbędnego
wysiłku i jestem względnie spokojna. Odpowiadam na życiowe wyyzwania, jednak zazwyczaj przecząco. Czytam trochę o relatywizmie
moralnym, ale zdecydowanie za mało literatury pięknej i to mi chyba
najbardziej przeszkadza. Systematycznie odkładam większość rzeczy
na jutro i nie mam za co kupić wszystkich rzeczy, które
chciałabym mieć, choć są mi raczej niepotrzebne.

Czasami czekam faktycznie
na jakiś telefon, ale zazwyczaj nie dzwoni, albo dzwoni ktoś inny i
zapominam, na co tak właściwie czekałam. Zapisuję mnóstwo
karteczek, żeby wiedzieć, co i kiedy mam zrobić. Nauczyłam się
już prawie układu klawiatury w cyrylicy rosyjskiej i pilnie robię
wszystkie tłumaczenia, co doskonale wpisuję się w zaplanowaną
przeze mnie ścieżkę kariery, chociaż tato mówi, że i tak
będę zarabiać tysiąc sto złotych. Ostatnio wymyśliłam sobie
temat pracy magisterskiej i bardzo bym chciała znowu jechać do
Rosji albo przynajmniej do domu.

Moje życie ostatnimi
czasy jest tak miałkie, że nawet nie umiem go spuentować.

…kiedyś trzeba było to zmienić.

[Czasami ciągle zdarza mi się tu
zajrzeć, zazwyczaj do archiwum i robi mi się tak nostalgicznie i
przykro zarazem, że już nie próbuję nawet więcej pisać.
Bo choć zasadniczo bywało marnie, to jest tam kilka notek, zdań
zaledwie, które wyrażają coś naprawdę. Jakiś pomysł, a
pomysłu brak mi przede wszystkim i może to właśnie tędy mogę go
odnaleźć. Przeczytać siebie z perspektywy. Czasu i miejsca.
Żadnych sprostowań ani odniesień do czegokolwiek. Żadnych
wyjaśnień.]

Przecież miało już tak nie być
wyrzucam sobie, bo to jedyne chyba, na co mnie stać. To jakiś
wątpliwej jakości powrót do przeszłości, w której
znów mam piętnaście lat, kłócę się z tatą przez
telefon, czytam te wszystkie wiersze o alkoholu i samobójstwach
i próbuję coś zamanifestować, ale zupełnie nie mam
pomysłu, czym mogłoby to być. Przecież miało już tak nie być
wypominam sobie te różne wieczory; a właściwie to, co
zdołałam z nich zapamiętać. Miałam dorosnąć i być
odpowiedzialna, nie upijać się, nie łudzić, nie zachowywać
głupio i ostentacyjnie. Nie grać rozkapryszonej księżniczki, nie
całować się z przypadkowymi chłopcami, głupio się nie
zakochiwać. Ale nic mi z tego nie wyszło. Wypełniam kalendarz w
swojej głowie wstecz. Do kolejnych dni mając do przypisania jedynie
błędy. I rozczarowania, powodowane w głównej mierze własną
postawą. Wszystko jest fatalne i nie wiem, czy ten fatalizm mnie
pociąga czy odpycha. Jest chyba wyniszczające i K. mówi temu
kategoryczne nie, na które zresztą ja przystaję. Jedno jest
pewne, potrzeba mi teraz samokontroli, bo kiedy S. dzwoni i mówi,
wcale nie żartując, że musimy poważnie porozmawiać,
to myślę, że nic mnie nie usprawiedliwia. Idiotyczne zakochania,
brak snu, żywności; nawet zamknięte drzwi. Pyta też, jak się
czuję – a ja mówię mu, że wszystko dobrze, bo przecież
jak mam się czuć, jeśli nie podle? Usiłuję się jakoś do tego
ustosunkować, ale jak ustosunkować się do czegoś, dla czego chujowo jest tylko niewinnym eufemizmem?

Inna jest jedynie forma. Przekręcam
klucz w zamku, wychodzę, a potem wracam i zasuwam drzwi od środka.
Wiem, że nie zaistnieje potrzeba, by otworzyć je przed porankiem
dnia następnego. Jest już wtedy wieczór i jem, jeśli w
ogóle mam coś do jedzenia, a potem czytam, dzwoni mama, w
końcu biorę kąpiel i idę spać. Jest powtarzalność, ale ona
wcale nie daje ani poczucia bezpieczeństwa, ani nawet stabilności.
Choć mogłoby się zdawać. Po drodze do metra kupuję dziennik, by
biegle orientować się w wydarzeniach zachodzących w otaczającym
mnie świecie. Stanowczo słabiej z kolei orientuję się w tym, co
blisko. Przez kilka godzin usiłuję być zorganizowana i
uporządkowana, a nawet się życzliwie uśmiechać. Mieć odrobione
zadanie na ukraiński i przeczytaną literaturę do ćwiczeń. Staram
się też być aktywna, subtelnie artykułując swoje myśli. Niezbyt
zresztą wyszukane. Zupełnie brak mi jakichkolwiek spostrzeżeń,
nie wspominając nawet o tych błyskotliwych. Trwam tak sobie.
Układam plan na przyszły semestr zapełniając szczelnie każdą
lukę. W którymś momencie przychodzi mi do głowy pytanie,
czy to już tak będzie wyglądać i zostaje, choć próbuję
je od siebie odgonić. 

Z tego wszystkiego nic nie wynika, najwyżej kilka dodatkowcyh piosenek. Z tego wszystkiego nic nie wynika, po
prostu budzę się z jedną więcej myślą, z jedną więcej myślą
zasypiam. Kiedy w końcu uda mi się zasnąć.

To już tak będzie wyglądać. Odpowiadam sobie stanowczo i bez przekonania.

stoję w bolesnym szpagacie pomiędzy ‚zostaję’, a zuchwałym raczej ‚nigdy więcej’

Czuję się bardzo niepewnie podejmując ten wysiłek, by coś napisać. Wszak tyle razy podejmowałam już tę decyzję. Ciąży mi ta świadomość, że powinnam się uczyć, przecież obiecałam Lindzie, ale ona akurat najlepiej wie, jak jest. Zrobiło mi się trochę przykro, bo wchodząc dzisiejszego wieczoru do swego własnego archiwum, zszokowałam się widząc, że zachowuję się zupełnie tak, jak dokładnie cztery lata temu. Gdyby nie fakt, że ta informacja jest tam wyraźnie napisana, nie uwierzyłabym, że wtedy to też był 25. czerwca.

wolę teraz hałas
cisza nie uspokaja
między nami cisza
linia przestała działać

Właściwie wszystko jest niepokojąco takie samo. Z tą różnicą, że dzisiaj mam o cztery lata więcej, biorę tabletki antykoncepcyjne, studiuję stosunki międzynarodowe w tym mieście, w którym światła zawsze robią z nocy dzień i lecę przez Paryż, bo nauczyłam się troszeczkę francuskiego. I, że ostatnie 3 lata , 3 miesiące i 3 dni spędziłam u Twojego boku, z mniejszą, bądź większą ilością przerw, zachwiań, rozstań i powrotów, których w tej kalkulacji pozwoliłam sobie nie uwzględnić. Bo kto by to zliczył.


pocą mi się ręce
i sucho w ustach mam
krok za krokiem wystukuję czas
niepotrzebny już nam


Już nie mogłam – tłumaczyłam mojemu tacie, płacząc w słuchwkę. A on potakiwał. To znaczy – wydaje mi się, że potakiwał. Choć mógł też kręcić głową z niedowierzaniem. Poradzę sobie, trochę warczę na mamę. Słucham nowej Nosowskiej i Pustek. Słucham też Franka – New York, New York, I want to wake up in a city that never sleeps. Cholernie trudne te ostatnie dni, samotne kino, unikanie mówienia czegokolwiek, co można by określić przez ostateczne, duszny korytarz na Żurawiej, zawroty głowy i uśmiech, niekoniecznie nawet sztuczny, sama sobie do końca nie wierzę. Przecież podjęłam już w życiu tyle ostatecznych decyzji, po których nie został choćby ślad. Gdybym pisała tę notkę zaledwie tydzień temu, przedstawiłabym zupełnie inny plan. Lecielibyśmy w nim razem do Irlandii i bylibyśmy względnie spokojni. Ale tydzień temu jej nie pisałam, bo byliśmy najpierw na obiedzie, później oglądaliśmy mecz, a później jeszcze byliśmy w kinie. A potem, zanim wróciłam z łazienki, to Ty już spałeś i rano wstałam od razu, na wszelki wypadek, obrażona; ale kiedy budzę się koło Ciebie, to masz potężny wachlarz możliwości wyciągania mnie z tego stanu. Budziłam. Miałeś. Przywołuję te wspomnienia sprzed tygodnia zaledwie, jakbym je skądś odkopywała. Mogłam nie dzwonić w niedzielę, w poniedziałek może byłbyś już w innym nastroju, może dzisiaj rezerwowałabym bilet na zupełnie inny lot.

dlaczego śnieg na czapce znowu topi się?
i dlaczego jest już ‚po’?
patrzę w chodnik – liczę płyty, płyt nie słucham już
słucham tylko jak
jak po drucie głos twój biegnie
budzi, mówi ‚nie’
dlaczego to nie film, który prosto napisami kończy się?
kończy się.

W taki wieczór jak dziś przypomina mi się ta noc, kiedy słuchaliśmy red hotów. Ty trzymałeś głowę na moich kolanach, a ja głaskałam Cię. Była pierwsza, druga, trzecia, aż w końcu zobaczyliśmy, że dnieje. (To było dwa lata temu, jak ten czas szybko mija.) Albo takie popołudnie, kiedy staliśmy w deszczu koło apteki. Ludzie przechodzili, uśmiechali się. A może z dezaprobatą kiwali głową? Wszystko jedno.

Odkąd pisałam tu ostatni raz dużo się stało. Ale z dzisiejszej perspektywy nic nie wydaje się naprawdę ważne. Skończyłam liceum, mam średnie wykształcenie.

Napisałam matury i powinno towarzyszyć mi teraz jakieś napięcie. Jakieś nerwowe wyczekiwanie, bo wyniki, studia, rekrutacja, nowe życie. I tak wszystkim mówię, bo to jest stan naturalny, a ludzie lubią słuchać o tym, co naturalne. Lubią taki porządek, a ja nie chcę robić im przykrości. Więc sąsiadce mówię, no tak, niby po, ale to nerwowe wyczekiwanie. Rozumie pani, wyniki, studia, rekrutacja, nowe życie. I ona potakuje, bo to naturalne, bo rozumie. Ale to nieprawda, w rzeczywistości nie ma we mnie żadnego napięcia, jestem spokojna i nawet lekko zobojętniała. Coś niby zamknęłam, ale bez trzasku. Być może nawet za cicho; tak cicho, że nie usłyszałam odgłosu zamykanych drzwi i dlatego nie mogę w to uwierzyć. Nie ma we mnie ani strachu ani pewności siebie, ani euforii, ani niezadowolenia. Jest wielki spokój, jest długie siedzenie do późna w noc i później sen, jeszcze dłuższy.

Nie ma we mnie żadnej ochoty, ale nie ma też żadnego zniechęcenia. Czasami pojawiają się pewne niepokoje, ale mają one z reguły charakter przejściowych burz. Siedzę w domu, oglądam filmy, czytam książki. Ty przyjeżdżasz, a ja myślę czasem – Boże, ile to już czasu od tamtej spoboty. Znam Cię tak dobrze, wiem, gdzie na Twoim ciele są blizny i znamiona. O to, co myślisz, pytam Cię wyłącznie wtedy, kiedy doskonale wiem. Kłócimy się, ja się obrażam, rzucam Cię, ale chwilę potem zapominam, bo przypomina mi się coś innego, ważnego. Wieczorem całujemy się na dobranoc, nie beznamiętie, ale też nie gorąco. Chyba takie pocałunki w literaturze określa się mianem czułe.

Jest przede mną całe nieznane morze przyszłości, ale nie chce mi się na nie wypływać.

Czekam na słońce.

Ta godzina została mi darowana jeszcze raz. Jakby rzeczywistość chciała mi powiedzieć, że muszę ją dobrze wykorzystać i dlatego ofiaruje mi ją po raz kolejny. Szkoda, że nie dzieje się tak z setkami innych straconych godzin.

Nie piszę, bo chyba nie miałabym o czym napisać. Kiedy ktoś mnie pyta, co u mnie, mogę najwyżej odpowiedzieć coś o zmęczeniu, nieprzespanych nocach i o problemach emocjonalnych. Mogę mówić o sprawdzianach z historii i wosu, ale – równie dobrze – mogę je przemilczeć. Mogę mówić o miotaniu się między różnymi ważnymi decyzjami. O obsesyjnych stanach, w jakie mnie mój związek wpędza. O potrzebie nasycenia się kolorem. Mogę jeszcze narzekać na bałagan w kuchni, z którym nie mogę sobie poradzić. Mogę zamarudzić, że nie przyszły mi jeszcze książki o Hitlerze. Mogłabym opowiadać o moim bogatym życiu intelektualnym, najpełniej uskutecznianym między drugą a piątą rano. O godzinie snu przed szkołą i o odruchach wymiotnych w ciągu dnia. Mogłabym ewentualnie pisać o książkach, filmach czy muzyce. Mogłabym pisać o polityce i tupnąć nogą, że pjkm nie zdobyło nawet progu wyborczego, bo wszyscy są ignorantami; a ja, która ignorantką nie jestem, nie mam nawet prawa decydowania o tym, w jakim kraju mam iść na studia. Wspomnieć coś czasem o potrzebie przytulenia się i zaciśnięcia mocno powiek, o jakimś wyjściu gdzieś wieczorem, różnych natrętnych myślach i obrazach powracających wbrew woli. O tych pytaniach o niezmieniającej się treści.

Odnoszę jednak wrażenie, że to wszystko ma niewielkie znaczenie. Marginalne.

Dlatego milczę, choć czasem zmyśli mi się coś ujętego w zgrabną sentencję. Ale wtedy zazwyczaj myję naczynia albo kąpię psa, więc to wszystko zaraz umyka, pozostawiając po sobie tylko pewne niejasne wspomnienie.

Stoję na nogach coraz wyraźniej i coraz dalej wszystko mi umyka. Zaciągam koc na głowę i odliczam od zera do stu i z powrotem, nie zapominając, by zaczerpnąć powietrza. Czasami chciałoby się spłynąć z tego krzesła i rozpłynąć się na podłodze. Zcielić się z nią w jedną materię. Czasami mocno ściskam dłońmi głowę, tłumiąć jakiś nieuformowany krzyk. Jakbym sama ciągle się bała tego, co mogłabym usłyszeć.

Jest we mnie jakiś opór i samonarzucające się poczucie obowiązku, któremu nie jestem w stanie się przeciwstawić tak do końca, o którym nie da się zapomnieć.

Boli mnie brzuch, mam mdłości. Może to siła autostugestii? Chciałabym być w ciąży.

Chciałabym ponadto stabilności, niedługo minie dwadzieścia miesięcy odkąd jesteśmy razem. Na zewnątrz z dnia na dzień zdaje się być zimniej, już nie chcę tam iść. Już nawet nie ma po co.

Song: Dżem – Kim jestem – jestem sobie.

na razie chodzę
na razie patrzę
na razie swój nóż ostrzę.

Chciałabym tę notkę rozpocząć równoważnikiem zdania, ale nie wiem czy po tak długim milczeniu znów wypada zaczynać tak nieoficjalnie. A przecież, coś na kształt próżni. (Doprawdy nic?) Nie ma wiele do napisania. Wszystkie słowa zamykają się w jakimś niedoskonałym niedomówieniu (niedopowiedzeniu, prosiłam – powiedz – a Ty uparcie milczałeś), którego nie można skończyć i przeciąga się je tylko o kolejne minuty. Mimo wszystko pozostaję w środku trochę niewzruszona tym, że rzeczywistość kruszy sie i skrzypi. Że zgrzyta, jak piasek między zębami. Pamiętam, że kiedyś, kiedy byłam jeszcze mniejsza niż dziś, mama zabrała mnie do piaskownicy, żebym się bawiła z innymi dziećmi, ale ja (ja jestem od zawsze widocznie kaleką życiową i emocjonalną i ) miałam piasek między zębami i chyba nawet od tego piasku wymiotowałam i to pewnie od tamtej pory mam pewien uraz do ludzi. Być może nawet dlatego teraz zamykam się szczelnie, zasłaniam żaluzje we wszystkich oknach, gaszę lampy. Uciekam od świata, przechodzę obok niego jak najszybciej tylko mogę, by w ogóle nie zwracać na siebie uwagi. Słucham muzyki dla wrażliwych i rozciągam się emocjonalnie, skrupulatnie odliczając kolejne minuty. Spokój tkwi we mnie jakoś tak groteskowo, bo przecież powinnam trząść się właśnie, ale już nie mogę. Już wykorzystałam limit łez w tym miesiącu i odpycha mnie od tego wiecznego grymasu, który raz po raz widzę w lustrze.

Każdy potrafi, ale nie wszyscy umieją.

Marcin Świetlicki śpiewa ‚czas tak bardzo przestrzenny się okazał’ i ja go rozumiem; ja rozumiem tę przestrzeń jak stąd do mojego łóżka. Jak od dłoni do telefonu. Więc chowam się w tę przestrzeń, nieopisanie naprężoną, jakby wisiała w niej jeszcze niedokończona rozmowa. Ja ją rozumiem szczególnie między czwartą a piątą, kiedy za oknem widzi się taki międzydzień i nie wiadomo czy rozsądniej kłaść się spać czy zrobić kawę z mlekiem. Czuję się jakoś dojrzalej, choć to tylko kolejne ze złudzeń. Po prostu, wstawiam pranie, ścieram kurz i wietrzę pościel. Jestem sama w domu już wystarczająco długo, żeby się do tego przyzwyczaić. Są wakacje, ja jestem sama w domu, ale nie organizuję fantastycznych imprez i nie piję alkoholu, bo alkohol przestał mnie kręcić, albo raczej przestało mnie kręcić bycie niegrzeczną dziewczynką i późne powroty do domu. Późne powroty do domu mają sens tylko wtedy, kiedy Ty wracasz ze mną i najlepiej – zostajesz do rana. Na nasze normalne co dzień wszelkie dewiacje sa niepożądane.

Tyle, że Ciebie chwilowo nie ma. Więc jest mi trochę ciężej, szczególnie w środę czy czwartek, kiedy to padało cały dzień, było nieprzyjemnie wilgotno, ta wilgoć gnieździła się pod skórą i pod powiekami. Ciebie nie ma i czułam się trochę jakbym przegrała Ciebie w jakimś ważeniu argumentów. W jakiejś walce ja versus sam Bóg, walce w której ja z góry byłam skazana na porażkę, nieuczciwej grze, bo nie mam takich atutów jak nieśmiertelność czy wszechmoc. Mam tylko dłonie i usta dla Ciebie. I każdą myśl. Ale już tak nie myślę, bo pewnie zwariowałabym, a mnie już wystarczy. Już chciałabym uspokoić się i choć trochę wyprostować psychicznie. Wygładzić. Dlatego siedzę tu sama, czytam książki i piję kawę. (Linda przyjdzie obejrzeć coś albo napić się herbaty, mówi o czymś fajnym do zrobienia, ale to fajne jest też jakąś nieokreslonością, bo przecież na swój sposób jest fajność. Panuje. Wbrew słowom istnieje.) Wszystko jest jakby tak samo, ciągle nie mam pieniędzy na wszystkie książki, jakie chciałabym przeczytać, a nie chce mi się iść do biblioteki i byłoby miło, gdyby kurier z merlina mógłby mi je przynieść tu do domu, gdzie jestem zamknięta. Ale już niedługo, Ty wrócisz i wtedy powiesz, chodź, a ja pójdę. [Teraz chcę być twoim psem, śpiewa właśnie ten sam Marcin Ś.]. Tylko już wróć. Cała jestem niespokojnym oczekiwaniem. A przestrzeń tu jest nieświadomym świadkiem tego oczekiwania, jest jego potwierdzeniem i zaprzeczeniem jednocześnie. Wszystko po staremu, żadnych aberracji ani zmian. Taki pustostan zawisł w czasie i tak tkwi, dopóki nie runie z wielkim hukiem, bo tak zazwyczaj dzieje się z lepiącymi się od słodkości chwilami.

Wątpliwość i niezaprzeczalność powinny się właściwie wykluczyć, ale tu one współtworzą moją codzienność. Wszystko jest niepokojące, niespokojne i niespójne. Rozciagnięte w czasie i skurczone do rozmaiarów mojego pokoju. Wszystko waha się i drży. Rozważa się i waży. Wszystko skazuje się wzajemnie na unicestwienie. A może to ja skazuję to wszystko na zagładę? Uzurpuję sobie prawo do tego skazywania, tak jakbym była czymś więcej niż otacząjaca mnie rzeczywisotość. Istnienie samo w sobie zaczęło być w moim odczuciu zbyt wymagające. Taka letnia wegetacja intelektualna. Trąci tandetą, sorry.

[Wczoraj w nocy, ale blog.pl nie działał.]


Jesteśmy tu. Jah jest prezydentem, a Babylon burns. ach&och. ;]

Nie sposób – czy może raczej nie wolno – przejść obok tego wszystkiego, co na ten moment tkwiący w przestrzeni w ściśle określonym punkcie od wtedy do tam, stało się całą moją rzeczywistością. Naszą. Widok za oknem i Twoje ciało na wyciągnięcie dłoni. Niezamknięta niczym porcja czasu, którą można było przeznaczyć zupełnie tak, jak się chce. Nabierając dystansu do samej siebie (do alkoholu, do palenia herbaty, do jabol-panka, paroli, do skakania po puszkach, do wina rano i całej tej reszty – trochę przepraszam, jeśli wydaję się smutna, ten dystans przychodzi sam, to nie ja wybieram życie bardziej obok Was), rozmawiając, rozgotowując makaron, modląc się. Ty cały czas jesteś obok, niedaleko. Przytulasz mnie, kiedy płaczę, że nie zrobię już ani kroku i to Twoje przytulenie, decyduje o tym, że zaciskam mocno zęby i idę dalej, jak najszybciej mogę, dla Ciebie.

Dla Ciebie gotuję sos pieczarkowy, choć pewnie dla każdego innego z osobna też. Dla Ciebie robię pranie i wyglądam ładnie; dla Ciebie czytam książkę i śpię. Obok. A kiedy rano budzę się, to mimo wszystko i mimo łez, przeżywam ten sam dreszcz szczęścia, na widok Twojej twarzy tuż tuż i kiedy całujesz mnie na dzień dobry, to któraś część mnie; ta, którą tak bezgranicznie Cię kocham – omdlewa ze szczęścia, chociaż we mnie też gnieździ się ten sam niepokój, co w Tobie. A jeśli nie ten sam, jeśli zupelnie inny, to tak samo wiele i tak samo nieporadna jestem wobec niego.

Drżę na myśl o.

[Tęsknię za poranną kawą od Ciebie. Tak po prostu. Jestem tą tęsknotą tak roztrzęsiona, że teraz, gdy grasz próbę, nie mogę się na niczym skoncentrować, poza kształtem kałuż. Teraz nie mogę robić nic poza czekaniem na Ciebie. Teraz bezradnie rozkładam ręce i gotuję pieczarkową z torebki, bo nie mam siły zupełnie na jedzenie. Teraz oglądam zdjęcia i jeszcze raz przenoszę się w tamten moment, kiedy szliśmy sami, daleko z tyłu i w te chwile, kiedy ochlapałam Cię wodą ze strumienia, a Ty ugryzłeś mnie za to w nos; w te, kiedy łaskotałeś mnie do utraty tchu, kiedy nosiłeś mnie na rękach, kiedy śmialiśmy się wspólnie z gibkich pach, kiedy razem martwiliśmy się tym, co nastąpi. Przenoszę się myślami w tamtą złą noc i ten dziwny poranek. Przenoszę się w tę Twoją bliskość. I tęsknię.]

Ale kiedy już przyjdziesz i przyniesiesz ze sobą swój uśmiech, ja znów odnajdę w sobie siłę na to, by przeobrażać otaczający mnie absurd. Póki co, nie mam jej, a ten brak jest determinowany tą Twoją nagłą i bezgraniczną nieobecnością. Przedtem, Twoja nieobecność była prosta. Nie było Cię, ale wiedziałam, że kiedyś w końcu przyjdziesz. Teraz ten niebyt nabrał jakiejś nowej głębi, kiedy Cię nie ma; jesteś jakby jeszcze dalej, dzięki temu, że pozwoliliśmy sobie wzajemnie na bycie tak blisko. I ta odległość tak szybko rośnie, że staje się nieznośna, że z niepokojem zerkam na telefon i czekam na wiadomość, że już skończyłeś i już możesz być dla mnie, już możesz przyjśc – i przyniesiesz ze sobą swój uśmiech. Przyniesiesz?

[Dziwnie jestem nieposkładana. Kupuję rózne zioła i przyprawy, bo jutro na pewno nabiorę już dystansu i będę mogła ugotować obiad. Dla Ciebie.]

Wcale nie jestem zdenerwowana czy poirytowana. Nie. To będzie bardzo dobry wyjazd, chociaż właściwie może być równie dobrze – fatalny. Może chcieć się nam gotowac, ale może nam się nie chcieć. Ja mogę stać prosto, a mogę się przewrócić. Nogi mi się mogą zagoić i mogę móc chodzić po górach, choć równie dobrze może być jeszcze gorzej i przez cały ten czas będę marudziła. Poza tym tam, w tych Bieszczadach wcale nie ma gór, ale to moze nam nie przeszkadzać w organizowaniu górskich wycieczek, chociaż właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby to własnie skutecznie nas do tych górskich wycieczek zniechęciło. Wzięłam saobie ryż Basmati, bo lubię kuchnię orientalną i może być dobry, ale może być też niedobry, bo wszyscy mówią, że jestem głupia, bo nie jem takiego samego ryżu, jak oni. Właściwie to zawsze marzyłam o tym wyjeździe, chociaż strasznie nie chce mi się tam jechać. Będzie jednak fajnie, bo dziś mówisz mi, że dobrze Ci ze mną, chociaż nie dalej niż dwa dni temu, znowu ryczałam przez Ciebie pół nocy, więc może też nie być fajnie, właściwie może być całkiem okropnie. Słucham sobie vavamuffin, co przypomina mi, że w sierpniu obiecałeś zabrać mnie na Ostródę. Na Ostródzie będzie kolorowo, fajnie i rastamańsko, chociaż nie wiadomo jak tam będzie naprawdę. Może być gorąco, nieprzyjemnie, mogę dostać okresu. Na Woodstocku na razie nie ma żadnych fajnych zespołów, a nawet jeśli są, to ze dwa; to ja już wolę się nie męczyć tak bardzo i nie znosić znowu okresu, tym razem na Woodstocku (bo ja zawsze dostaję okresu wtedy, kiedy on jest akurat najmniej pożądany), tylko jechać sobie na jakiś ich koncert do klubu i bawić się dobrze, chociaż nic mi nie gwarantuje, że w tym klubie będzie fajnie, bo może się coś zepsuć, może mnie boleć głowa albo może wysiąść klimatyzacja, bo wyłączą prąd w ramach jakiegoś ćwiczeniowego alarmu przeciwpożarowego czy antyterrorystycznego, chociaż w Polsce chyba nawet nie ma takich alarmów, skoro dość powszechnie wiadomo, że Polska do takich ataków jest nieprzygotowana. Chociaż Londyn taki, niby przygotowany, tylko nie akurat wtedy, kiedy trwa szczyt G8 i połowa policji z Wielkiej Brytanii ochrania akurat dziesięć osób, które jeżdżą na rowerach i zderzają się z policjantami. Więc tak, jak już pisałam. Rzeczywistość ma to do siebie, że lubi zaskakiwać, więc i tym razem nam pewnie tego nie odmówi. Złamał mi się paznokieć i choć Dominik mówi, że to niby dobry znak, to ja w to jakoś nie do końca wierzę. Więc jesteśmy w Bystrem, gdyby ktoś nas szukał. Nie jestem ustawiona sceptycznie, jakby co – staram się po prostu być przygotowaną na każdą ewentualność. Ziom.

[Ciśnienie, cukier i frustracja w normie. Trochę bolą mnie płuca.]


  • RSS